11.06.2018 - WYWIAD

Wywiad z Panią Agatą Rzędowską - entuzjastką elektromobilności, trenerką i publicystką gospodarczą, na co dzień z pasją pisze o przyszłości transportu i nowych technologiach przede wszystkim dla portalu BiznesAlert.pl. Współautorka książek „Mistrzowskie prezentacje” i „Mówca doskonały” oraz autorka opracowania Instytutu Jagiellońskiego "Elektromobilność".

Anna Różańska (A.R.): Serdecznie witamy w Polskim Stowarzyszeniu Elektromobilności zwolenniczkę i propagatorkę elektromobilności, Panią Agatę Rzędowską – dziennikarkę w portalu Biznesalert, która na co dzień w swoich artykułach porusza tematykę elektromobilności. Podstawowe pytanie – skąd u Pani zainteresowanie tą, wydawałoby się, typowo męska dziedziną?
Agata Rzędowska (A.Rz.): Motoryzacja od zawsze była mi bardzo bliska z racji tego, że mój tata był mechanikiem samochodowym. Nie miał syna, w związku z tym był to nasz jeden z najmniej kontrowersyjnych tematów do rozmowy. Samochody w ciągu ostatnich 10 lat zaczęły się zmieniać. Tata niestety tego nie doczekał, ale dla mnie to jest naturalny obiekt zainteresowań. W związku z tym elektromobilność to dla mnie taka miłość z rozsądku, która pojawiła się teraz, w XXI wieku, gdy po 100 latach powrócono do tematu napędu elektrycznego pojazdów osobowych.

A.R.: W związku z tym, że śledzi Pani temat już od bardzo dawna, jak ocenia Pani tempo rozwoju elektromobilności w Polsce?
A.Rz.: Jeśli chodzi o branżę motoryzacyjną na świecie, to wydaje mi się, że ten rozwój jest organiczny, naturalny, niewymuszony. Natomiast co do polskich firm to trochę, ze względu na brak przepisów, zwlekaliśmy. Moment, kiedy mogliśmy być pionierem minął. Teraz powinniśmy w dobry sposób wykorzystać ten czas, który się pojawił oraz to, że regulacje za chwilę będą już gotowe na tyle, żeby z nich zacząć korzystać.

A.R.: Wiem, że Pani zgromadziła już sporo doświadczeń. Gdyby mogła nam Pani coś o nich opowiedzieć – czym się Pani poruszała i jakie były pierwsze wrażenia?
A.Rz.: Jazda samochodem elektrycznym nie różni się w zasadzie niczym od jazdy samochodem spalinowym. Są cztery koła, kierownica, „skrzynia biegów” – tyle, że automatyczna. Jest jednak ciszej. To „ciszej” słychać przede wszystkim w chwili ruszania, bo kiedy już jesteśmy w trakcie jazdy szum opon i opór powietrza powodują hałas, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Nie ma jednak ryku silnika i drgań czy wibracji. Samochód elektryczny jest zrywny, szybko przyspiesza, co bardzo przydaje się przy bezpiecznym wyprzedzaniu. Jeżeli ktoś lubi ruszać pierwszy ze świateł to ma szansę, ale nie ma przy tym typowego dźwięku. To jest podstawowa różnica. Nie ma też rury wydechowej, ale część samochodów spalinowych ma ją niewidoczną, więc można się nabrać. Dla mnie jednak największą różnicą jest przede wszystkim to, gdzie znajduje się środek ciężkości w samochodzie elektrycznym. Jest to różnica, którą trzeba poczuć, szczególnie na zakrętach.

A.R.: Wiemy, że ponad 100 lat temu samochód elektryczny był pojazdem stworzonym z myślą o kobietach. Uważa Pani, że rzeczywiście jest to dobre rozwiązanie dla kobiet?
A.Rz.: On jest dobry dla kierowców, niezależnie od płci, a także dla dzieci, które jeżdżąc rowerami wzdłuż ulic nie muszą wdychać spalin. Nie rozgraniczałabym, czy on jest dobry tylko dla kobiet lub tylko dla mężczyzn.

A.R.: Mówi się, że „elektryk” ma być tym drugim samochodem w gospodarstwie domowym. Czy ten kierunek propagowania idei elektromobilności uważa Pani za słuszny?
A.Rz.: Wydaje mi się – patrząc na to co osiągnęła już Norwegia lub na to co się dzieje w niezbyt odległych Czechach – że jesteśmy w stanie przeskoczyć ten etap posiadania dwóch samochodów, jednego spalinowego i drugiego elektrycznego. Może nie w tym roku, ale za 2 czy 3 lata decydując się na samochód będziemy wybierać tylko ten elektryczny. Wczoraj razem z córką wracałam z Krakowa „elektrykiem”. Oczywiście, nie na raz, ale z ładowaniem po drodze. Udało nam się przejechać trasę w tylko ok. 1,5 godziny dłużej niż zazwyczaj samochodem spalinowym. Podczas ładowania miałyśmy po prostu okazję udać się na dłuższy lunch. Wystarczyłoby trochę więcej infrastruktury i można by było spokojnie się przemieszczać.

A.R.: A jak by Pani przekonała kobiety do „elektryków”, które często obawiają się, że nie będą umiały zatankować. Wciąż też zwraca się uwagę na słabą infrastrukturę, o której już Pani wspomniała.
A.Rz.: Umówmy się – statystyczny Kowalski-mężczyzna tak samo mało wie. Tutaj startujemy z równego poziomu. W kwestiach związanych z elektromobilnością nie ma różnicy, jeżeli chodzi o kobiety i mężczyzn. Kilka razy byłam w sytuacji, kiedy chciałam przekonać mężczyznę, aby pozwolił mi się podłączyć samochodem elektrycznym do zwykłego gniazdka. Opór był przeogromny, ponieważ nie mógł uwierzyć w to, że samochód nie zabierze mu więcej prądu niż on ma w instalacji, że to niczym nie grozi oraz że jestem w stanie rozliczyć się za każdą pobraną kWh. Żaden nie mógł uwierzyć. Panie nie mają więc żadnego powodu, aby czuć się inaczej. Celowo nie mówię gorzej, ale po prostu inaczej. Na pewno to jest inny sposób myślenia o podróżowaniu w ogóle. Bo jeżeli zdecydujemy się na samochód elektryczny, to z tyłu głowy będziemy mieć świadomość, że on wcale nie musi być mój, że mogę korzystać z samochodu współdzielonego, gdyż tak już to na świecie wygląda. Jeżeli współdzielimy, to chętniej myślimy o samochodach elektrycznych. Zaczniemy wtedy też iść w kierunku rozwiązań „smart” i niskoemisyjności. Wszyscy się tego uczymy, w związku z tym wstyd nie jest na miejscu. To jest kwestia otwartości na nowości. Wbrew pozorom miejsc, gdzie można się podładować jest sporo. Posłużę się przykładem pań w ciąży, które przed ciążą nie zauważały, że w sklepie są trącane, albo że ścigają się do koszyków z ciężarnymi. Ale gdy już są w ciąży to naokoło dostrzegają same ciężarne. Jak się ma czerwony samochód to zauważa się czerwone samochody. Jak się ma iphon’a to widzi się ludzi z iphon’ami. Podobnie jest z pojazdami elektrycznymi i miejscami do ładowania. Nagle okazuje się, że umysł się wyostrza i szukamy tych miejsc, gdzie można skorzystać z ładowarki.

A.R.: Jak widać nie taki diabeł straszny i warto oswajać się z tematem. Na Twitterze pisze Pani o Krakowie, gdzie od 2014 r. ruch samochodowy zmniejszył się o 7%, a aż o 30% więcej mieszkańców korzysta z transportu miejskiego oraz o tym, że należy zmienić podejście do poruszania się po mieście…
A.Rz.: To jest ogromna rola osób zarządzających miastami i zaufanie, którym można je obdarzyć. Wspomniane dane pojawiły się w czasie konferencji, na której byłam. Niebawem będą dostępne w sieci. To te osoby z samorządów powinny wyprzedzać trendy, one powinny myśleć o problemach, które się w transporcie pojawią za 5, 10 czy 15 lat, a nie użytkownicy. My jako użytkownicy powinniśmy mieć dostęp do możliwie najszerszej gamy pojazdów, z których będziemy korzystać, aby dojechać na czas. Nie być zgniecionym, jak to ma miejsce teraz, gdy ludzie dojeżdżają komunikacją na przykład z podwarszawskich miejscowości do centrum. Będąc zmęczonym, zgniecionym, spoconym źle zaczynamy dzień. To nie jest komfortowa podróż, dlatego ludzie decydują się na stary samochód spalinowy. Wolą podróżować w korku, ale chociaż na siedząco…

A.R.: Wspomniała Pani o regulacjach, które są potrzebne dla rozwoju elektromobilności. Bo widzimy w Norwegii, czy w sąsiednich Czechach, że jest możliwość rozwijać elektromobilność dużo szybciej. Co w Pani odczuciu musiałoby się zmienić, żebyśmy mogli mówić o szybszym procesie wdrażanie tej idei, która ma sprawić, aby żyło nam się lepiej?
A.Rz: Myślę, że gdybyśmy zabrali na miesiąc samochody spalinowe osobom, które odpowiadają za powstanie regulacji i dały im w zamian samochody elektryczne to potrzebne zmiany pojawiłyby się w jednej chwili. Wiele konsultacji byłoby po prostu niepotrzebnych, dostrzeżono by też nieistotność innych. Trochę się na to zżymamy w świecie mediów, gdy siedzimy na kolejnych konferencjach pod hasłem elektromobilności. Czasem widzimy, że moglibyśmy przekleić to, co było mówione w tamtym roku i nikt by się nie poznał, gdyż nadal się niewiele zadziało. Mówimy o tym, że koncerny mają plany, ale przecież o tym, że mają plany wiemy od jakiegoś czasu, a nic się na razie poważnego z perspektywy użytkownika nie stało. To trzeba sobie powiedzieć szczerze i otwarcie. I wydaje mi się, że ta przesiadka na miesiąc spowodowałaby zupełnie inne myślenie w kwestii elektromobilności. Z drugiej strony dzieją się rzeczy, których nie widać, a użytkownicy irytują się oczekując szybkich efektów. Na przykład przyłączenie nowego punku ładowania do sieci trwa od kilku do kilkunastu miesięcy. Tyle trwają procedury, ale użytkownicy tego nie wiedzą.

A.R.: Jako Stowarzyszenie dostrzegamy te wszystkie problematyczne kwestie, o których Pani mówi. Niestety do pewnych rzeczy dojrzewamy zbyt wolno….
A.Rz.: Mieliśmy szansę zaoszczędzić sobie stresów i krytyki. Naprawdę. Poprzednie władze jakoś nie podjęły tematu. Te natomiast próbują jak najlepiej do niego podejść, jednak na efekty trzeba będzie jednak poczekać. Norwegia zaczęła wprowadzać regulacje kilkanaście lat temu. Początki, jak sami mówią to 1990 rok, zwolnienia z podatku VAT to 2001 rok. Dla nich to długi proces. Wyznaczyli sobie dalekosiężne cele i konsekwentnie, szybciej nawet niż zamierzali, je realizują. Podobnie Niemcy, którzy długo przygotowywali się do zmian, łącznie z tym, że częściowo zreformowali szkolnictwo branżowe.

A.R.: Ceny samochodów elektrycznych nie napawają optymizmem. Nie są one dostępne dla przeciętnego obywatela. Na jakim poziomie w Pani mniemaniu powinny się kształtować ceny, aby klienci stali się bardziej otwarci na zakup tego typu pojazdu?
A.Rz.: Wydaje mi się, że o progu cenowym w ogóle w tej chwili nie ma co mówić, bo może w ciągu najbliższych kilku lat stanie się na rynku motoryzacyjnym coś takiego, że one rzeczywiście stanieją i staną się bardziej dostępne. Na przykład cały czas trwają prace nad składem chemicznym baterii – jeśli zakończą się powodzeniem, baterie będą pojemniejsze i tańsze, a w tej chwili połowa ceny samochodu to koszt baterii. My będziemy mieli szansę skorzystać z elektromobilności, która gdzieś tam już się rozwinęła i na przykład, tak jak Ukraina, kupić samochody używane. To będą wciąż dobre samochody – starzeją się znacznie wolniej od spalinowych (szczególnie z popularnymi, wysilonymi silnikami). Bardzo bym się z takiego rozwiązania cieszyła, a nie z tego zakładającego sprowadzanie wycofywanych diesli z Niemiec, Francji czy innych krajów. Dodatkowo powinniśmy ułatwić życie przedsiębiorcom, nie przeszkadzać im w tym, żeby oni samochody elektryczne na potrzeby firm rzeczywiście kupowali. Bo wiemy, że rynek samochodów nowych w Polsce to właśnie jest rynek pojazdów służbowych. Przy intensywnym użytkowaniu, w porównaniu z samochodem spalinowym, kosztowo po 5-8 latach wychodzi się na zero. Takich samochodów na razie nie ma zbyt wiele, ale wszystko wskazuje na to, że będą to pojazdy niezawodne i niedrogie w utrzymaniu. Jeżeli rozwinie się u nas jakiś system OZE w firmach, a jest na to szansa, gdyż ludzie jeżdżą po świecie i widzą, co jest dostępne i opłacalne, to możemy się spodziewać, że te samochody będą zasilane czystą energią.

A.R.: Naszemu Stowarzyszeniu bardzo by na tym zależało. A co sądzi Pani o takich pomysłach jak strefy czystego powietrza i związanym z tym systemem carsharingu elektryków, a także o jednośladach, które teraz bardzo intensywnie wchodzą na rynek?
A.Rz.: Szczerze mówiąc to dzisiaj rano rozmawiałam przy śniadaniu z mężem o tym, że bardzo chciałabym mieć elektryczny rower, aby nie musieć polegać tak często na komunikacji miejskiej. Jestem zwolennikiem podejścia, że skoro mieszkam w mieście to nie muszę wszędzie jeździć samochodem i szukać przez 20 min. miejsca do zaparkowania. Ułatwiłoby mi to bardzo życie! Jednak mam również związane z tym obawy – jest to pojazd dość drogi i atrakcyjny dla złodziei. Miasto będzie się jednak musiało zmienić! Wynika to też z faktu, że ludzie podróżują i obserwują wprowadzane w innych krajach rozwiązania. Uważam, że jeżeli na Sycylii i w Palermo udało się w jakiś sposób ograniczyć ruch samochodów, a trzeba wiedzieć, że Włosi uwielbiają samochody i mają ich nawet chyba więcej na sztuki w przeliczeniu na osoby niż Polacy, to jest to możliwe. O strukturze miasta mówi się coraz więcej. Ważne, żeby te rozmowy były merytoryczne, a nie emocjonalne. Bo przecież nie chodzi o zabieranie ludziom wolności, ale o danie im w przestrzeni miejskiej równych możliwości, aby mogli poruszać się jak chcą, jak im wygodnie i bezpiecznie. Często poruszaną kwestią jest ruch dzieci. Dzisiaj przy tak dużej ilości pojazdów, wypuszczenie dziecka na rowerze nawet do szkoły jest ryzykowne. Kultura kierowców też pozostawia wiele do życzenia. Kilka razy rozmawiałam o tym, że są miejsca na świecie, gdzie ludzie bardzo chętnie kupują nie samochody, a pojazdy elektryczne. Dokładnie takie, w jakich w Polsce można się poruszać mając już kilkanaście lat. Niestety u nas nie jest to popularne.

A.R.: Obszarów związanych z elektromobilnością jest kilka. Naszym zdanie ważna jest edukacja już od najmłodszych lat. Dlatego z naszą kampanią idziemy do przedszkoli. Widzimy, że Polacy nie lubią się dzielić. Musimy się dopiero tego nauczyć, żeby stało się to dla nas naturalne.
A.Rz.: Tak właśnie jest! Do tego dla wielu osób samochód to coś więcej, niż urządzenie do jeżdżenia, nawet nadają mu imię – mówią „Mojej Lusi nie pożyczam…”.

A.R.: Właśnie! My w edukacji widzimy ogromny potencjał! Dlatego też planujemy ruszyć z kolejnymi kampaniami społecznymi. A czy Pani jako dziennikarka uważa, że jest to temat, który należy wspierać?
A.Rz.: Oczywiście! Jest to temat tak plastyczny, tak pojemny. Z doświadczenia rodzica powiem, że dzieci się tym interesują. W szkołach, gdzie jest fotowoltaika, uczniowie rysując obrazki na konkursy ekologiczne nie przedstawiają w swoich pracach przekreślonych dymiących kominów, tylko czystą energię z fotowoltaiki. Moja córka, która czasem już ma dosyć tematów samochodowych, a w szczególności dotyczących samochodów elektrycznych, jest takim liderem zmiany. Łącznikiem, który coś czasem koleżankom i kolegom opowie lub nakręci film, który potem wrzuci do sieci. Nawiasem mówiąc mają one naprawdę dużą liczbę wyświetleń. Niektórzy uważają, że się przechwala, ale ona twardo odpiera ataki mówiąc, że ona tylko edukuje! Ostatnio pewna dziewczynka zostawiła zabawny komentarz: „Ale śmieszne! Samochód, który ładuje się jak telefon!” I rzeczywiście tak trochę to wyglądało, gdyż córka wrzuciła film, jak przyłączam samochód do ładowania. Moim zdaniem przestrzeni do edukowania jest mnóstwo! Wychodzenie, pokazywanie, otwieranie pojazdów w miejscach, w których pojawiają się ludzie na piknikach, festynach czy większych spotkaniach – to jest odpowiednia droga! Ludziom po prostu trzeba samochody elektryczne pokazywać. Mówić, że one mogą stać w deszczu i nic nie iskrzy, że mogą przejechać przez kałużę i też się nic nie stanie. Trzeba pokazywać śmiałków takich jak Marek Kamiński, który teraz jedzie do Japonii. Albo Paweł Arkady Fidler! Bądźmy szczerzy, ale przejechać własnym elektrycznym samochodem seryjnym przez całą Afrykę to dopiero wyczyn! To pokazuje, że ten samochód działa! Mimo ciężkich warunków nic się z nim nie stało!

A.R.: Czy w Pani odczuciu jest miejsce dla nowych tworów samochodowych i nowych marek?
A.Rz.: Absolutnie tak! Wydaje mi się, że to jest najlepszy moment, w którym startujemy z tego samego punktu. Doświadczeń w produkcji samochodów elektrycznych wbrew pozorom dużo firm nie ma. Ci najwięksi oczywiście mieli czas i zasoby do tego, by się przygotować. My natomiast jesteśmy w stanie dobrymi manufakturami stworzyć samochody prestiżowe. Pokazał to Rimac – chorwacka marka supersamochodów elektrycznych. Pokazali to także nasi południowi sąsiedzi. Luka EV to przepiękny samochód. My też mamy potencjał. Tym bardziej, że w biurach projektowych na całym świecie są Polacy.

A.R.: Dziękujemy bardzo za wywiad. Już teraz zapraszamy Panią do udziału w spotkaniu 26.06 w Centrum Badawczym Polskiej Akademii Nauk Kezo w Jabłonnie, gdzie między innymi zorganizujemy testy samochodów elektrycznych dla kobiet. Prosimy o dalszą pracę na rzecz szerzenia idei elektromobilności. Trzeba dotrzeć do jak najszerszego grona odbiorców, aby pokazać, że nie ma się czego obawiać oraz, że elektromobilność to przyszłość nasza i naszych dzieci!
A.Rz.: Zwłaszcza, że samochody elektryczne w niczym się nie różnią od tych znanych nam do tej pory. Jeżdżą do przodu, do tyłu, pod górę, a nawet skręcają [śmiech]. Ja również dziękuję za miłą rozmowę.

napisz do nas

info@kobietazakolkiemelektryka.pl
tel.: +48 732 996 540, +48 795 541 222

Organizator kampanii

Polskie Stowarzyszenie Elektromobilności
ul. Jana III Sobieskiego 102A lok. U7
00-764 Warszawa

www.psem.pl